Coś dla duszy
Witamy w The Burlesque Lounge
Autor: Gabriela Krochmal, data dodania: 03-03-2011Od progu wita nas Alan Cumming sprzedający bilety za 20 dolarów. Dalej jest tylko gorzej. Cher zawodzi niczym za najlepszych swoich lat (swoją drogą, kiedy to było?). Z westchnieniem ulgi przekonałam się, że ta pani z biegiem czasu wcale nie irytuje mnie mniej. I nie chodzi tutaj tylko o jej niezmieniający się wygląd.
Piwo podaje nam Christina, która ma wieeeelkie aspiracje zostać... hmm, no właściwie kim? Ponoć, to nie jest klub ze striptizem, wyższej sztuki taneczno-wokalnej również tam nie uświadczymy... A zarżnięcie Diamonds are a girl best friend już w 10 minucie filmu pogłębiło moje rozczarowanie na tyle, że miałam szczerą ochotę odpuścić sobie ten film. Ale nie, zwyciężyły kwestie ekonomiczne.
Burlesque, która miała być perełką wśród szajsu Manhattanu, baśnią ze spełniającymi się marzeniami i cudami rodem z Kany Galilejskiej (takie opinie krążą wśród egzaltowanych nastoletek - przeglądałam fora) okazała się nudna, pretensjonalna, niezwykle kiczowata i zwyczajnie... sztuczna. Czyli nic nowego, jeśli chodzi o dzisiejsze produkcje muzyczne. O ile jeszcze w jakimś Step up można sobie popatrzeć jak ładnie tańczą, to Burleska oferuje nam tylko i wyłącznie półnagie kobiety, które niestety robią za tło dla fatalnych układów tanecznych i śmiesznie wykreowanych popisów wokalnych Aguilery (która bądź co bądź, ale głos jakiś posiada). I to mnie też zastanawia, po jakie licho miałoby powstać takie miejsce jak Burleska? Skoro nie jest to rewia, klub nocny ani burdel, to po co inwestować kasę w beznadziejne stroje sado-maso i dziewczyny z talentem, ale bez Talentu?
Najciekawsi są aktorzy drugoplanowi: Cam Gigandet i Kristen Bell, choć ich obecność na planie sprowadza się do peanów zachwytu nad obiema wyżej wymienionymi artystkami. Inaczej jest ze Stanyey'em Tucci, który nieważne kim jest ani co gra - sceny z nim są pełne uroku i realizmu (nawet te absurdalne).
Film furory nie zrobi, bo jest zwyczajnie słabiutki, począwszy od obsady, przez scenariusz a skończywszy na kostiumach rodem z sex-shopu. I nie ma się czemu dziwić, historia jakich w kinie wiele - ona młoda i zdolna, ucieka z prowincji do wielkiego miasta i niemalże z marszu udaje jej się znaleźć pracę w wymarzonym miejscu. Oczywiście droga do sukcesu okupiona jest mozolną pracą i całą listą wyrzeczeń, podczas których nie ma czasu ani głowy do układania sobie życia prywatnego. Mężczyzna ze snów znajduje się oczywiście sam. Biedna, uciemiężona i poniżana przez szefa(ową) i koleżanki z pracy zatraca się w dążeniu do perfekcji i wyczekuje tylko momentu, aby objawić swoje prawdziwe ja. Kiedy nadarza się okazja, ubiera się jak zdzira i robi wielkie show. Oczywiście wszyscy są zachwyceni, bo jakżeby inaczej? Znacie to? Jak mówiłam, nic nowego.
Nie wiem, jakim sposobem Steve Antin (reżyser i scenarzysta) z tak wielkiego niczego próbował wyprowadzić ten film na jako takie przedstawienie dla podnieconych gimnazjalistek. Coś tam mu się chyba udało, chociaż zupełnie nie rozumiem dlaczego do Złotej Maliny została nominowana Cher? To jakieś nieporozumienie, bo na jej miejscu winna być Christina. Podobno takiego kina już się nie robi. I dzięki Bogu.
Zredagowano przez: Ewa Inn
Zagłosuj na artykuł
Dodaj komentarz
Dodawanie komentarzy możliwe jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
Komentarze
Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.









