Z pazurem
Bez dumy i z uprzedzeniem
Autor: bohemi, data dodania: 05-10-2010Wojny to ciche i niepojęte, trochę logiczne, trochę stuknięte. Jak tu zaufać drugiej kobiecie, kiedy ci ego subtelnie gniecie? Szpileczki wkłada niepostrzeżenie, po czym maskuje brudne wrażenie. Uśmiechem słodkim zazdrość pokrywa i z kompleksami twymi pogrywa. Bronić się trudno przed sztyletami, które pokryte są diamentami.
Kobiecym wojnom nie towarzyszy siwy dym, wystrzały armatnie i przejrzyste reguły gry. Subtelność wzajemnych uszczypliwości nie jest uchwytna i zrozumiała zwłaszcza dla płci przeciwnej. Kobieta kobiecie może jednak zgotować w wyrafinowany sposób los niegodny pozazdroszczenia. Wystarczy trochę zazdrości przyprawionej perfidią i szczyptą tupetu, wzmocnionych niską empatią. Do tego dodajmy wiek i doświadczenie potencjalnej umniejszaczki i odpowiedni dla ofiary brak doświadczenia i przeżytych na karku lat. Jednak i w gronie rówieśniczek znaleźć można ten mechanizm, ujawniający swe brzydkie oblicze w niespodziewanych sytuacjach.
Weźmy pod lupę plan wojny na polu „prawdziwej kobiecości”. Kim jest prawdziwa kobieta – wyzwoloną postacią na szczycie Kilimandżaro czy oddaną rodzinie domatorką? Dwie kobiety w podobnym wieku w poczekalni u lekarza, połączone doświadczeniem nudy oczekiwania, weszły w swym dialogu na temat podróży. Jedna - zagorzała podróżniczka - opowiada o swoich przygodach w wysokich górach, druga – pewna siebie domatorka - z mniej lub bardziej naturalnym zainteresowaniem słucha relacji z podróży. Temat schodzi na Egipt. Domatorka nareszcie ma okazję się wypowiedzieć – w końcu była tam z rodziną na wakacjach przed laty. Rozpoczyna się zażarta dyskusja o jakość odpoczynku w tym ciepłym kraju. Podróżniczka z entuzjazmem zachwala swobodę podróżowania po Egipcie. Domatorka – przeciwnie – coraz bardziej zażarcie krytykuje egipskie warunki. Dyskusja trwa kilka minut, argumenty zaczynają się powtarzać, żadna ze stron nie ustępuje. Eskalacja rozdrażnienia. W końcu wychodzi szydełko z woreczka. Domatorka coraz mniej tolerancyjna i sympatyczna zaczyna uderzać w struny podróżniczki, które zdążyła w międzyczasie odkryć.
- A pani to ma dzieci w ogóle, że tak pani podróżuje?
- Nie, nie mam dzieci, ale mam męża, który nie ma nic przeciwko moim podróżom.
- A, no to jak nie ma pani dzieci, to pani nie rozumie, że ja nie mogłabym tak sobie podróżować, mój mąż by się w czoło postukał, jakbym chciała pojechać na Kilimandżaro, przecież mamy dwójkę dzieci.
- A moja koleżanka była ze mną na Kilimandżaro z dwójką swoich dzieci. A poza tym, co to za mąż, co nie pozwoliłby pani podróżować?
- No fajny jest.
- E, nie jest fajny, bo nie pozwala pani podróżować.
Koniec rozmowy. Rozdrażnienie domatorki osiąga szczyt, musi pilnie wykonać telefon. Kilka zdań, coraz mocniej sączący się jad, odsłaniająca się nietolerancja i odklejające się maski w bitwie o swoją kobiecą wartość i sens swojego stylu życia. Rywalizacja kobiet z dwóch światów i obszarów działania podszyta przekonaniem o własnej wyższości może być gorzka w skutkach. Ale i na tym samym obszarze rywalizacja powinna być zdrowa, bez niespodziewanych prawych sierpowych.
Ciotki, matki, przyjaciółki i te pseudo, siostry, koleżanki i obce kobiety bywają wobec siebie nieznośnie nieprzyjazne, gdy motorem interakcji staje się zazdrość. Stare panny zazdrosne o partnera, matki zazdrosne o młodość córki, niezamożne damy nietolerancyjne wobec dostatku innych, mniej urodziwe niewiasty bez akceptacji dla urody towarzyszek. Zazdrosna koleżanka, która czeka na oświadczyny, wytyka skromność pierścionka drugiej. Zbyt krągła pani w średnim wieku „doradza” szczupłej młodości „dokształcenie” w biodrach. Sfrustrowana singielka obśmiewa małżeńskie plany drugiej, depcząc wartość ślubu jako takiego. Krótki tekst, niepozorny wers, niejasne znaczeniowo słowo drążące niczym robak przez następne tygodnie, czy lata. Złośliwość przykryta fałszywą życzliwością, „przyjacielska” rada, pod którą czai się ledwo dostrzegalny jadowity wąż. Przykryte uśmiechem lub żartobliwą scenerią zdanie, po którym wcale nie chce się śmiać i przełyka się gorzką pigułkę, maskując powstały niesmak.
Homo homini lupus est? Co się stało z naszą klasą? Gdzie te kobiety, które wzajemnie się wspierają, życzliwie patrząc na innych atuty i sukcesy, akceptując siebie na tyle, by nie karmić swojej wartości podkładaniem szczypawek innym kobietom? Wojny ukryte bolą pewnie bardziej niż walka wprost, bez masek i kadzideł. Na bazie niedosytu szczęścia, upadłej samooceny, nieutulonych potrzeb i nieakceptowanej kobiecości powstaje czasem front walk żałosnych, napełnionych to szeptami, to krzykami. Odartych z dumy i przepełnionych uprzedzeniem.
Zredagowano przez: Ewa Inn
Zagłosuj na artykuł
Dodaj komentarz
Dodawanie komentarzy możliwe jest tylko dla zalogowanych użytkowników.










Dziękuję Ci za ten artykuł. To wszystko prawda i bardzo mnie to boli, tym bardziej kiedy sama przyłapię na takich paskudnych manipulacjach samą siebie:)Pozdrawiam!