Coś dla duszy
Nieśmieszny "Święty interes"
Autor: Gabriela Krochmal, data dodania: 14-09-2010Korzystając z możliwości zakupu biletów za pół ceny, wspólnie z Małżonkiem wybraliśmy się na "Święty interes". Podekscytowani medialną promocją, nazwiskami aktorów zaangażowanych do produkcji, samą ideą i jak słyszeliśmy - świetną fabułą, w ostatni sobotni wieczór zrobiliśmy kulturalno-rozrywkowy interes.
Film zaczyna się śmiercią Gustawa Rembowskiego (Bogdan Słomiński) - lokalnego rzeźbiarza. Gustaw ten osierocił dwóch synów: Leszka od lat żyjącego na emigracji (Piotr Adamczyk) i hazardzistę Jana (Adam Woronowicz). Pogrążeni w smutku synowie udają się do notariusza w celu odczytania testamentu. Wracają pogrążeni w jeszcze większym smutku, gdyż okazuje się, że ojciec zostawił im rozwalającą się stodołę a w niej starą Warszawę M-20. Schody zaczynają się w miejscu, gdy za sprawą cioci Olesi (Anna Łopatowska) bracia dowiadują się, że owa uciążliwa Warszawa należała kiedyś do biskupa Wojtyły.
Zbieg najdziwniejszych zdarzeń, odarcie z tapety ułudy polskiego społeczeństwa i ukazanie jego przywar, wad, i niedoskonałości, które w ostatnim czasie stały się tak widoczne za sprawą krzyża pod Pałacem Prezydenckim czy (niestety) tragedii smoleńskiej. "Święty interes" zdaje się być odpowiedzią na polską polskość Polaków, tolerancję, religijność (kolekcjonowanie relikwii niczym nakrętek po wodzie mineralnej), wszędobylski patriotyzm i oczywiście sąsiedzką życzliwość. Również dobór obsady nie wydaje się przypadkowy - "Człowiek, który został papieżem" i "Papież, który pozostał człowiekiem" a także "Popiełuszko" mieli podnieść świadomość poprzez swoje wcześniejsze role.
Czy podnieśli? Cóż, takie nazwiska na plakacie gwarantują pełne sale kinowe. A co my otrzymujemy w zamian? Duet bez ładu i składu; postacie, które nie mają czasu się rozwinąć; dialogi pisane na kolanie, tylko miejscami zabawne i to raczej dzięki samym sytuacjom... I to dziwi, bo przecież reżyser Maciej Wojtyszko dał się poznać jako bardzo dobry obserwator ludzkich zachowań, słabostek i psychiki (chociażby "Ogród Luizy"). Niestety "Święty interes" okazał się ani nie taki święty, ani tym bardziej śmieszny. Film, który w zamyśle miał być komedią, ba!, który należy do kategorii KOMEDIA, komedią nie jest. Obok komedii nawet nie stał. Film okazał się niedopracowany, komercyjny aż do bólu i kręcony szybko, byle jak. I taki też się okazał.
O muzyce lepiej słowa nie powiem, bo zwyczajnie wstyd.
Nie będę się zachwycać, ani roztkliwiać tym, jak wspaniale się bawiłam. Nie da się tylko zaprzeczyć, że filmowy wiejski ciemnogród naprawdę istnieje i to w większych metropoliach. O czym naocznie się przekonujemy.
Wyszliśmy z kina zawiedzeni i nienasyceni. Gdzież podział się ten tak szumnie zapowiadany film roku? Cóż, może następnym razem. Nie polecam.
Zredagowano przez: Ewa Inn
Zagłosuj na artykuł
Dodaj komentarz
Dodawanie komentarzy możliwe jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
Komentarze
Bo zwiastun jest najmocniejszym punktem filmu :) Ale to, że nie podoba się mnie nie znaczy, że nie może podobać się komuś innemu :)










Filmu nie ogladałam ale obejrzałam powyższy zwiastun. Ostatnie zdanie (o powodzie zniknięcia samochodu) powaliło mnie - smiałam się do rozpuku (-; .