W szerokim świecie
Moja kraina spokoju
Autor: Agata Sosnowska, data dodania: 22-08-2009Wszyscy kochają Pragę. Za Kunderę, za knajpy, za polskich turystów przystojnych, spotykanych już w pociągu, za tubylców namiętnych, za to, że Praga tętni życiem takim, jakiego na co dzień nie mamy. Za czeskie piwo i za knedlicki. Za Wojaka Szwejka i za wiecznie dobry humor mieszkańców.
Nie mam potrzeby wyłamywać się z tego ogólnego kochania. Dokucza mi jednak poczucie turystyczno-dziejowej niesprawiedliwości. Bo Czechy, moi drodzy, to nie tylko Praga. Ja swoje miejsce odkryłam zupełnie gdzie indziej.
O 6.00 wsiadam na stacji Warszawa Centralna w pociąg jadący do Pragi. Płacę w obie strony tylko 119 złotych. I o 10.30 wychodzę na stacji Ostrava-Swinov. To jest dopiero absurd. Gdybym kupiła bilet do Szczecina, w jedną stronę zapłaciłabym około stówy, a i tłukła się od zmierzchu do świtu. Mało kto bowiem wie, że wybierając się w podróż do naszych najbardziej optymistycznych sąsiadów, warto zaopatrzyć się w Orbisie lub na PKPod razu w powrotny bilet – wtedy promocyjnie cena spada o czterdzieści procent.
Reszta roześmianej ekipy z pociągu podąża ku jednej z najpiękniejszych europejskich stolic. Ja stoję na stacji cichej i spokojnej. Zadupie – ktoś rzeknie. Cicho, sennie, pustawo. Żadnych przystojniaków po dwudziestce. Tylko baby z zakupami. Co to w ogóle jest ta Ostrava? Nawet Jożin z Bażin o niej nie śpiewał.
W okienku na stacji kupuję bilet na kolejkę. 53 korony. Czeka mnie przejażdżka najbardziej rachitycznym pojazdem w życiu. Mimo wrodzonego lęku do wszystkich pojazdów wyglądających tak, jakby za chwilę miały się rozpaść, odczuwam spokój. Może to ta atmosfera, otoczenie... Stary pojazd nie jest pomalowany w żadne CHWDP i HWDP. Nikt nie wyrywa dermy z siedzeń. Dziwne, bo nikt niczego nie pilnuje. Do pojazdu wchodzą kolejni pasażerowie z tobołkami. Tubylcy z okolic. Wyglądam inaczej, niż oni. Na uszach mam wielkie słuchawki do mp3 i kosmicznie różowy beret w rozmiarze XXXL. Warto podkreślić, że Czesi mieszkający na prowincji zupełnie nie przykładają uwagi do strojów. Ale to zupełnie. Są dobrzy, pracowici, rodzinni i roześmiani. H&M? Zara? Co to i po co to komu? To fenomenalne. Oni się tak dobrze czują we własnych skórach i życiach, że nie potrzeba im strojenia.
Więc ja się odróżniam. Ale nikt nie traktuje mnie z tego powodu podejrzliwie. Wręcz przeciwnie. Jesteś u nas, więc jesteś teraz jedną z nas. I dlatego każda nowa wsiadająca osoba kiwa mi głową na powitanie i żegna się, gdy opuszcza kolejkę. Ja jestem zobowiązana do tego samego. Konduktor? Daj, Boże, takich w Polsce! „Ahoj” i uśmiech. „Dokąd jedziecie?” – pyta mnie z zainteresowaniem. „No, do Stramberka” – odpowiadam z radością. „To ktoś pomoże z walizką” – odpowiada sympatyczny pan kolejkowy i zaraz po czesku mówiąc, znajduje mi wśród przyjaznych dusz tragarza. Bajka? To dopiero początek.
Skoro już wyznałam, jaka miejscowość jest celem mojej podróży, mogę przyznać się, skąd ją wytrzasnęłam.
Kiedy zbliżał się któryś długi weekend, dawno, dawno temu, postanowiłam skorzystać z pięknej pogody i wyruszyć na odpoczynek. „Władek będzie zaludniony. Jurata – jak dyskoteka. Ustroń? Pół Polski się zjedzie” – smęcił mój przyjaciel. „Jeśli chcesz naprawdę odpocząć, wyciszyć się i napełnić dobrą energią, jedź do Czech”. Nie chodziło nam jednak o Czechy zapełnione ludami, a o coś malutkiego i może nawet niewidocznego na mapie.
I tak oto wylądowałam i wylądowuję w Stramberku co jakiś czas. Pokochałam od pierwszego spojrzenia i teraz co jakiś czas wracam, by naładować akumulatory.
Od stacji idzie się około półtora kilometra pod górkę – od razu ostrzegam. Trzeba uważać, bo jedyny chodnik kończy się zaraz za stacją benzynową. Dla samotnej kobiety z walizką to może być problem, szczególnie, gdy jest to kobieta paląca od wielu wielu lat i krocząca pod tę górkę z zadyszką i krokiem nierównym.
Domy po drodze mijane nie różnią się od tych, jakie znajdziemy na naszej rodzimej prowincji. Cisza, spokój, nic się nie dzieje.
I nagle rynek się przede mną otwiera bajkowy! Z pubów i restauracji muzyka dobiega i śmiech. Patrzę i oczom nie wierzę. Bo tu się całe rodziny stramberskie bawią. Po pracy jest czas dla bliskich. Piwko, jadełko cudowne dla podniebienia, gawędy we własnym gronie i otwarcie się na świat dookoła. Tacy są stramberczycy. W Jaronkowej Piekarni zaopatrują się w najwspanialsze i jedyne na świecie stramberskie uszy. Są to przypominające stożek ciastka o rozmaitych wielkościach i smakach. Ja najbardziej lubię migdałowe w czekoladzie. Nigdzie więcej na świecie nie dostaniecie tego przysmaku. Dlaczego? Jest to bowiem lokalny wyrób. Legenda głosi, że kiedy Tatarzy napadli w XII wieku na Stramberk, jedynie połowa mieszkańców zdołała się przed nimi ukryć. Drugą porwano. Kiedy bandziory odjechały, zrozpaczone rodziny udały się na poszukiwania najbliższych. Jednak zamiast ciał znaleziono tylko wór z poodcinanymi uszami. Podobno hersztowie tatarscy okaleczyli swych jeńców, żeby ci nigdy nie usłyszeli nawoływań ze strony zrozpaczonych stramberczyków.
I teraz stramberskie uszy są dla nielicznych turystów niesamowitym i pysznym elementem miejscowego folkloru, a dla mieszkańców takim samym chlebem powszednim, jak dla mnie bułka kajzerka.
Kiedy mieszkańcy najedzą się już uszu przez cały dzień, obrobią to, co mają do obrobienia w swych artystycznie urządzonych domach i zadbanych gospodarstwach, kiedy przyjadą kolejką z Ostravy uczniowie, studenci i pracownicy rozmaici, czas na zabawę.
Knajp jest kilka. A każda urocza. Hotel Sipka jest najprzytulniejszy. Warto się w nim zatrzymać. Pod pokojami, na dole, restauracja czynna do ostatniego gościa. Warto zamówić wszystko – bo wszystko jest i pyszne i tanie. Ja najbardziej upodobałam sobie tacę grillowanych mięs i surówkę z kaparami. Do lodowatego Radegasta w sam raz. Nie polecam natomiast grzanego wina. Smakuje jak herbata owocowa i jest podawane w czajniczku i z filiżanką. Ale kto by się w takim miejscu zastanawiał nad brakiem grzańca!
Kiedy już sympatyczna, pełna różnych pokoleń Sipka zostanie przez nas objedzona i opita, warto zrobić sobie mały spacer – uwaga: tylko w wygodnych butach. Kręte i wąskie uliczki miasteczka, pełne są wzgórków i dołów, którymi raz biegną stare schody, a raz jezdnia zupełnie nie wyposażona w chodniki. Pan Janko, właściciel sklepu z suvenirami, powiada, że nie ma jednak w miasteczku problemów z wypadkami. – „Po prostu, jak jedzie samochód, to trzeba czasem poczekać, a nie się z nim mijać. A poza tym mamy przy zakrętach duże lustra (rzeczywiście, są) i nie ma problemu, bo wszystko widać”. Po co więc miałyby powstać chodniki i sygnalizacje świetlne przy pasach. Stramberczykom to nie jest zupełnie potrzebne.
Idąc na spacer, delektujcie się nim oraz widokami. Nie zapomnijcie o aparacie. Podziwiajcie zupełnie inne życie, sposób, w jaki mieszkańcy je afirmują. Przypatrzcie się, jak cudnie wyglądają chatki artystyczne tuż pod lasem, jak domki maleńkie przycupnęły koło siebie w wielkim ścisku, ale bez złości. Idźcie do lasu pod Nowym Jicinem. Nacieszcie się ciszą. Fotografujcie.
Kiedy się zmęczycie, spacerkiem wróćcie na rynek. Zahaczcie o miejscowe muzeum. Nie jest to co prawda miejsce, które robi piorunujące wrażenie, ale warto poszerzyć wiedzę o miasteczku i o mentalności jego mieszkańców. Obejrzyjcie obrazy, które malowali i rzeźby ich autorstwa. Kupcie kilka pamiątkowych pocztówek, czy książek, jeśli czytacie po czesku. Potem udajcie się do sklepu indyjskiego. Za grosze zaopatrzcie się w szale, kolczyki, wisiory, torby, kadzidełka i poduszki – w co tylko chcecie. Możecie też kupić runy na rzemykach, a uprzejma pani wyjaśni Wam, w czesko-angielsko-polskiej mieszance, jaka runa pasuje do Was i jaka przyniesie Wam szczęście.
Zmęczeni, obładowani, koniecznie udajcie się do Miejskiego Piwowaru. Poproście piwo czarne, jak noc i tak orzeźwiające, że od razu wrócą Wam wszystkie siły. Zwiedźcie wszystkie sale, uważając, by nie uderzyć się głową w niski strop. Przygrywać Wam będzie skrzypek, albo akordeonista, a zza baru co raz puści oko Antonio, najprzystojniejszy i najbardziej szarmancki barman, jakiego do tej pory udało się Wam spotkać. Zamówcie zapiekane ziemniaczki z gulaszem, albo inną pyszność. Nie uda Wam się wyjść, dopóki czegoś nie skosztujecie – zapachy, atmosfera i roześmiani ludzie wokół robią swoje.
Zwiedźcie basztę. Siedemset schodów do pokonania i widok, jaki sprawi, że w oku zakręci się łza szczęścia. Cieszcie się tym. Posiedźcie w ciszy u stóp ruin zamku, popatrzcie w dół, na rynek tętniący spokojnym, dostatnim życiem prostych ludzi. Macie przed sobą kilka dni dogadzania swemu ciału i duszy. Stramberk nie jest miejscem „na balety”, choć – oczywiście – warto się wybrać na dyskotekę do Miejskiego Piwowaru – gdzie przychodzą ludzie w różnym wieku. To miasteczko wycisza, daje energię, pozwala dostrzec piękno świata – i daje na to dostrzeżenie czas.
Kiedy we wszystkich knajpkach - także w oldschoolowej browarni na rogu, gdzie na stołach leżą ceraty, a nad wejściem wisi stary telewior, w którym ciągle wyświetlane są mecze piłki nożnej, wypijecie już wszystkie piwa i zjecie wszystko, co smaczne, wsiądźcie w stary autobus, który zawiezie Was do Nowego Jicina. Tam także czeka Was uczta ducha i spokojne, lokalne piękno. Może uda Wam się akurat trafić na targ rozmaitości.
Nie zapomnijcie o zwiedzeniu jaskini i o wdrapaniu się na czeską górę Oliwną, gdzie powita Was pomnik założyciela miasteczka. To tam właśnie znaleziono wiele wieków temu worek z odciętymi uszami. Wdrapywanie się może być ciężkie, gdyż, mimo schodków i konarów, za które można się chwycić, kiedy pupa zacznie się osuwać w dół, jest stromo. I lepiej nie ufać drewnianym poręczom. Kiedy już jednak znajdziecie się na szczycie, zapomnicie szybko o strachu i o zasapaniu.
Stramberk jest moją krainą spokoju. Ucieczką od Warszawy, od problemów, od pośpiechu. Polecam go wszystkim tym, którzy potrafią w życiu przystanąć i zaczerpnąć nowego powietrza. I zapraszam Was tam w imieniu wszystkich cudownych ludzi, których tam poznałam i do których jeszcze nie raz wrócę.
Zredagowano przez: Ewa Inn
Zagłosuj na artykuł
Dodaj komentarz
Dodawanie komentarzy możliwe jest tylko dla zalogowanych użytkowników.
Komentarze
Nikt jeszcze nie komentował tego artykułu.









